KIERUNEK – NAMIBIA

Czarny Ląd od zawsze fascynował i rozbudzał wyobraźnię Europejczyków.

Dzikość sawanny, plemiona, wszystkie możliwe odcienie żółci, pomarańczy i czerwieni, diamenty i ogromna chęć przeżycia przygody życia.

Do niedawna myślałam, że jest to zarezerwowane tylko dla prawdziwych poszukiwaczy przygód, twardzieli niczym Indiana Jones. No cóż..

Jakże się myliłam! Dotychczasowe przekonania posypały się jak domek z kart.

Nie musiałam długo czekać, aby przekonać się, że… Namibia to wspaniałe miejsce na rodzinny, aktywny wypoczynek, rozsmakowanie się w Afryce, edukacyjne poszerzenie horyzontów, czyli wszystko to, co cenię sobie w podróżowaniu.

Wyobrażenia vs rzeczywistość

Pomysł wyprawy narodził się w mojej głowie kilka lat temu, ale dopiero za sprawą moich serdecznych przyjaciół został zrealizowany. Plan był prosty – pojechać do Namibii i poznać ją, najlepiej jak to możliwe, w najbardziej przystępny sposób. Nie dysponowaliśmy długim na 3 tygodnie urlopem, nie chcieliśmy wynajmować auta 4 x 4 z namiotem dachowym ani robić objazdówki po kraju. Może gdybyśmy jechali sami, to taka opcja wchodziłaby w rachubę, ale tym razem jechaliśmy z małym Jaśkiem. Z małym dzieckiem długa na 3 tygodnie wyprawa autem nie przejdzie. Nie ma co się oszukiwać. Finalnie zdecydowaliśmy się pojechać na jedną z ferm oddalonych od Windhoek o 3 godziny drogi na północ. Chcieliśmy poznać Afrykę w ciągu zaledwie 8 dni, wycisnąć z tego wyjazdu co się da, poznać w pigułce i wpleść w niego nasze pasje i wymagania. Ja i Natalia jako dwie miłośniczki koni, miałyśmy dosyć jasno sprecyzowane wymagania – konie i przejażdżki w terenie to podstawa każdego z naszych wyjazdów. Gdziekolwiek jeździmy, ten element musi zostać niezmiennie zachowany, nawet w miejscach uważanych za mające mało wspólnego z turystyką konną. Dalej nasi trzej panowie – wiadomo, musi być dreszczyk emocji, trochę adrenaliny, mięsna kuchnia, dzicz, samochody i sawanna. Udało nam się wszystko skondensować.

Afryka dzika, niedawno odkryta

Po dotarciu na fermę. W istocie 4 gwiazdkowego obiektu, zostaliśmy przywitani uśmiechami i przepysznymi drinkami. Oczywiście o Jasiu też nikt z obsługi nie zapomniał, pyszny koktajl i na niego czekał. Po trudach podróży i ogólnym zmęczeniu całego towarzystwa mogliśmy w końcu zjeść, wypić po lampce wina, iść do swoich pokoi, i zasnąć błogim afrykańskim snem. Jutro zaczynamy przygodę!

Ja i Natalia zaplanowałyśmy sobie 2,5-godziną przejażdżkę konną, z celebracją wschodu słońca i przepysznym śniadaniem w buszu. Mężczyznom chciałyśmy oszczędzić tych wrażeń i pozwolić im się wyspać. W końcu zasłużyli sobie – wiecie zapakowanie walizek, nerwowe szukanie paszportów, bukowanie biletów i bycie samcami alfa w podróży, no.. można się zmęczyć.

Nie ma, że boli – wstajemy o 4.30. Tak, tak, afrykańska doba różni się odrobinę od tej, którą znam z Polski czy wakacji na Malediwach.

W Afryce kładziemy się wcześnie spać i tak też wstajemy. Nie leżymy w łóżeczkach, nie przeciągamy się, marudzić troszkę możemy. I tak późniejsze aktywności wspaniale zrekompensują nam braki snu. Szybka kawa i schodzimy do stajni. Konie i nasz przewodnik już na nas czekają. Wyjeżdżamy. Po przejechaniu stosunkowo krótkiego odcinka wjeżdżamy w stado gnu. Początkowo obie jesteśmy zestresowane tą sytuacją, ale przewodnik nas uspokaja, konie również zdają się nie przejmować obecnością dosyć sporego stada. Jest pięknie! Zwierzęta się nie płoszą, zapach koni jest dla nich na tyle swojski, że możemy podjechać tak blisko, i to bez żadnego ryzyka, chłonąć dziką przyrodę w taki właśnie sposób, o czym przekonamy się jeszcze niejednokrotnie w trakcie wyprawy. Przemierzamy bezkresne tereny, podjeżdżamy do gnu, żyraf, antylop, a tymczasem nasz przewodnik opowiada niesamowite rzeczy o rodzimej faunie i florze. Z wypiekami na twarzach, podjeżdżamy do miejsca, gdzie zjemy śniadanie. Już wszystko jest przygotowane w środku tego buszu, pięknie nakryty stół, wspaniałe jedzenie, kawa, owoce. Bierzemy się do rozkiełznania koni i według poleceń przewodnika puszczamy je wolno. Zaczynamy ucztę – żyć nie umierać!

Po dotarciu na fermę, widzimy Jaśka z tatą, jak uczą się strzelać z łuku. Ciekawa aktywność. Nie wiem, kto jest bardziej pochłonięty tymi praktykami – ojciec czy syn, ale nie ulega wątpliwości, że wspaniale się bawią.

Kolejne dni mijają nam na szeregu rozmaitych aktywności, wszystkie oczywiście w afrykańskim stylu. Mieliśmy czas na wspólne konne przejażdżki, Jaś uczył się jazdy konnej i po kilku dniach wyruszył na przejażdżkę pod czujnym okiem instruktorki. Byliśmy w Parku Etosha – uznawanym za jeden z największych parków narodowych na świecie. Duży to on faktycznie jest – powierzchniowo większy od województwa pomorskiego, a tam jego mieszkańcy: słonie, żyrafy, hipopotamy, nosorożce, antylopy, hieny, lwy, gepardy, lamparty. Jedną z naszych licznych pasji jest fotografia, tak więc możliwość uczestniczenia w fotograficznym safari była fantastyczną przygodą. Jasiek posiadający atlas dzikich zwierząt, mógł tylko sobie odhaczać te już widziane. Dla dziecka to naprawdę była frajda, możliwość obserwowania przyrody z tak namacalnej perspektywy, dla nas zresztą też niezapomniane przeżycie. Jedno jest pewne – spacer w zoo nie jest w stanie zapewnić tylu wrażeń i emocji co jeden dzień spędzony na safari z inspirującym przewodnikiem.

Ziściło się również marzenie panów o Bush Campie – spędzenie nocy w środku buszu z tlącym się nieopodal ogniskiem, namiotem stojącym na ogromnych palach, odgłosami dzikich zwierząt w tle. Jedna taka noc rodem z filmu o survivalu była wystarczającą przygodą, ale z tego co mi wiadomo, to można na miejscu pokusić się o większą liczbę takich nocy w środku buszu. Nam z dzieckiem ta jedna wystarczyła i będziemy ją wspominać bardzo długo. Najbardziej chyba afrykańskie niebo. Ci, co mnie znają, wiedzą, że uwielbiam spędzać czas na powietrzu, w miejscach, które mają jak najmniej wspólnego z cywilizacją, obserwować nocne niebo.

W mieście jest to niemożliwe, jego światła skutecznie przyćmiewają blaski nocy. Ale w Namibii… tak wspaniałego nieba nigdzie nie widziałam! Pomijając wizytę w planetarium Kopernika w Toruniu. Przysięgam, doskonale widać gwiazdy, całe morze gwiazd, Drogę Mleczną. Jeśli ktoś jest mocno wciągnięty w temat astronomii, to będzie to da niego niezła gratka. Widoki nocy są oszałamiające. Jeśli chodzi o dźwięki w Bush Campowym namiocie, to no cóż, nocą słychać, że sawanna mocno tętni życiem, co dla zurbanizowanego ucha jest odrobinę nieswoje. Jeden dzień przeznaczyliśmy na naukę o tropach i tropieniu. Zostało to świetnie zorganizowane – kilka godzin teorii i praktyka w terenie. Muszę przyznać, że ludzie, którzy sprzedali nam swoją wiedzę, mieli fantastyczne podejście do dzieci. Nasz mały podróżnik bardzo wciągnął się w temat tropienia, szczególnie jak już wyruszyliśmy w teren szukać śladów i rozpoznawać je. Było to wspaniałe doświadczenie, a wiedza z niego płynąca pozostanie z naszą piątką już na zawsze.

Jest pięknie, spokojnie, panuje rodzinna atmosfera, jemy fantastyczne jedzenie, uroku dodaje tradycja wspólnych posiłków przy ogromnym stole z innymi turystami i przewodnikiem. Bez wątpienia jest to miła odmiana – pobyć zwyczajnie razem, otworzyć się na świat, kulturę i drugiego człowieka, szczególnie teraz, w czasach kiedy ludzie rzadko kiedy wychylają nosy znad niebieskich ekranów. Kucharz co chwilę wychodzi i opowiada o potrawach które będzie serwował, wszyscy są uśmiechnięci, dzieci dokazują w ogrodzie, a my już wiemy, że niebawem tu wrócimy. Namibia ma jeszcze wiele do zaoferowania.

Przydatne informacje

Wiza – wyrabiamy ją w Berlinie. Koszt 70 euro

Paszporty – ważność paszportu musi być

o 6 miesięcy dłuższa niż termin ważności wizy

Ceny lotów – 3000–4500 PLN na trasie

Warszawa–Windhoek z przesiadką we Frankfurcie

Waluta – 1 NAD = 0,35 PLN

Język urzędowy – angielski

Biuro, z którego usług korzystaliśmy – www.equitravel.pl

Aleksandra Rećko

Podróżniczka, konny obieżyświat